Kot. Nielot.

29 września 2008

Tak, tak, wiemy,  że w gruncie rzeczy powinniśmy się wstydzić; nie zamontowaliśmy na balkonie siatki zabezpieczającej przed wypadaniem, kot był zasadniczo nieupilnowany; ostatnia afera z przejściem kota na drugie piętro niczego nas nie nauczyła etc.

Oczywiście, kot wyleciał. Nie leciał długo, zaledwie jedną kondygnację w starym budownictwie; zresztą, leciał zdaje się, etapami – zatrzymując się po drodze na gałęziach dzikiego wina. Mniej więcej tak, jak Bruce Willis zlatuje w filmie z czegoś bardzo wysokiego: w trakcie lotu udaje mu się uwiesić jedną ręką na parapecie, parapet się urywa, zahacza drugą ręką o linię wysokiego napięcia, linia się rwie, Bruce spada, i wtedy podlatuje helikopter i go zgarnia.

Wobec braku helikoptera Leoś zleciał jednak na dół, na porośnięty bluszczem parkan, i tam się zatrzymał.

W takiej chwili myślisz sobie: spokojnie. Bez paniki. Załóż buty. Weź klucz do ogrodu. Nie myśl o tym, że kot może być ranny albo martwy, że zdążył już uciec w głąb ogrodu, skąd nigdy nie wróci, że jak się nie pośpieszysz, zaatakuje do ta dzika ogrodowa kotka. Nie wyobrażaj sobie tych wszystkich złych rzeczy. Idź i ratuj.

Oczywiście, nic mu się nie stało. Przybrudził sobie futro na zielono i lekko się zdenerwował. Po powrocie do domu zaczął się ganiać z Katią.

TwitterBlipWykopEmailShare

Zostaw swój komentarz. Jeśli chcesz mieć własny obrazek obok komentarza skorzystaj ze strony gravatar!